Góry kocham od dziecka. Tam jeździłam na wakacje do babci, w Beskid Wyspowy i Makowski. Myłam ziemniaki w rzece i pomagałam wiązać snopki. Tam smakowały borówki i pierogi z nimi. Później już jako zupełnie dorosła osoba dowiedziałam się, że wszędzie indziej nazywają się one jagodami. W liceum dzięki wycieczce szkolnej zobaczyłam Karkonosze. A jeszcze później z chłopakiem i z plecakiem poznawałam kolejne szlaki.
Gdy spotkałam mojego męża, nie było wyjścia, musiałam mu je pokazać. Z nim po raz pierwszy powędrowałam w Tatry. Mimo zakorzenionego w nim mieszczucha i zdecydowanie ulubionej biernej formy wypoczywania złapał bakcyla. Polubił. I gdy nieśmiało proponuje jakiś wyjazd w góry właściwie nie oponuje ;) a to już dużo.
Gdy pojawiły się dzieciaki nie było wyjścia. Zakładałam chustę i wędrowaliśmy po Bieszczadach, Beskidach i Górach Stołowych. W Tatrach byli już na własnych nóżkach.
Wiosną byliśmy w Górach Sowich i to tam w schronisku "Zygmuntówka" mąż kupił książkę GSS Waldemara Brygiera, gdyż jak sam stwierdził nic nie było ciekawego i i pani mu poleciła. Mapy kupujemy zawsze i zdarza się, nierzadko nawet, że dopiero w momencie gdy już opuszczamy dany region. Nie było to więc dla mnie nic dziwnego ale... ale gdy wzięłam do ręki tą książkę/ przewodnik otworzyły mi się oczy i chciałam zrealizować tylko jeden cel - przejść Główny Szlak Sudecki. Tym bardziej Sudecki, że przebiega niemal obok mojego rodzinnego domu, więc jak tu od niego nie zacząć :)
I ta myśl tak buzowała we mnie od wiosny,co chwilę powracała, że damy radę powoli, bez spinania się i pośpiechu, wspólnie razem z chłopakami.
Tak więc oficjalnie zaczęliśmy wędrówkę a za nami I etap :):):):)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz