Wczoraj
mieliśmy kryzys. Odpracowywałam wyjścia prywatne w pracy i wróciłam do domu ok.
godziny 18. Wcześniej zadzwoniłam do synów, żeby im przypomnieć o kocie, o
naczyniach, o zadaniu. Dobrze, dobrze -usłyszałam od Starszego Syna. Młodszy nawet nie uraczył mnie rozmową. Polecenia miał mu przekazać tatuś. Wróciłam
uściskałam "perełki" I co? i nic. NIC. Nie zrobili, nic, Tatuś tłumaczył, że jak
zagonił Błażeja do lekcji, to ten zaczął się ślimaczyć już przy pierwszym
zadaniu, więc powiedział żeby nie robił, że zrobi jak poczuje, że już da rade
się skupić.
No ubaw po pachy. Młodszy w między czasie był w gościnie u Mateusza. Efekt był taki, że siedziałam ze
Starszym Synem do 21:30, w tym o 21:00
szukaliśmy po ciemku jarzębiny. Jednocześnie motywowałam Młodszego Syna do
posprzątania pokoju. Pomogło dopiero postawienie kosza na śmieci na
środku pokoju i oznajmienie że jak policzę do 5 i tych zabawek nie pozbiera to,
to co leży na podłodze, trafi właśnie to kosza. Ojciec dzieciom w tym czasie siedział „uciągnięty”
na kanapie przed telewizorem. Jego taktyka miała być taka, że dziecko lekcji nie
odrobi, dostanie pałę i wyciągnie z tego naukę. Co do sprzątania Młodszego
taktyki nie miał bo na niego żadne taktyki nie działają. Nie ma już siły. Ma ICH
dość. Natomiast ja zabrałam się o 22:00 za robienie sosu na jutrzejszy obiad.
Nie
wiem kto ma racje. Czy lepiej twardą ręką, szkołą życia dać im uczyć się
odpowiedzialności. Karać, karać, karać poprzez zakazy, nakazy czy pomagać
tłumacząc sobie w duchu, że przecież jeszcze są mali, , że jeszcze będzie
szkoła życia. Polegam na polu wychowawczym bo nie pomagają prośby, zachęty,
motywacje, tłumaczenia.Wszyscy chcielibyśmy mieć odprasowane dziateczki. Bezproblemowe, nie brudzące się przy posiłku z uśmiechem na buzi odrabiające
lekcje, uczestniczące z zaangażowaniem we wszystkich kulturalnych zajęciach. W
kościele, cichutko skupionych na modlitwie. Takich dzieci nie mam. I ciągle uczę
się tego, że to SĄ odrębne jednostki a nie moje, ulepione przeze mnie
plastusie. Jakie to trudne…