sobota, 20 września 2014

kryzys!!!



Wczoraj mieliśmy kryzys. Odpracowywałam wyjścia prywatne w pracy i wróciłam do domu              ok. godziny 18. Wcześniej zadzwoniłam do synów, żeby im przypomnieć o kocie, o naczyniach,       o zadaniu. Dobrze, dobrze -usłyszałam od Starszego Syna. Młodszy nawet  nie  uraczył mnie rozmową. Polecenia miał mu przekazać tatuś. Wróciłam uściskałam "perełki" I co? i nic. NIC. Nie zrobili, nic, Tatuś tłumaczył, że jak zagonił Błażeja do lekcji, to ten zaczął się ślimaczyć już przy pierwszym zadaniu, więc powiedział żeby nie robił, że zrobi jak poczuje, że już da rade się skupić.
No ubaw po pachy. Młodszy w między czasie był w gościnie u Mateusza. Efekt był taki, że siedziałam ze Starszym  Synem do 21:30, w tym o 21:00 szukaliśmy po ciemku jarzębiny. Jednocześnie motywowałam Młodszego Syna do posprzątania pokoju. Pomogło dopiero postawienie kosza na śmieci na środku pokoju i oznajmienie że jak policzę do 5 i tych zabawek nie pozbiera to, to co leży na podłodze, trafi właśnie to kosza. Ojciec dzieciom w tym czasie siedział „uciągnięty” na kanapie przed telewizorem. Jego taktyka miała być taka, że dziecko lekcji nie odrobi, dostanie pałę i wyciągnie z tego naukę. Co do sprzątania Młodszego taktyki nie miał bo na niego żadne taktyki nie działają. Nie ma już siły. Ma ICH dość. Natomiast ja zabrałam się o 22:00 za robienie sosu  na jutrzejszy obiad.
Nie wiem kto ma racje. Czy lepiej twardą ręką, szkołą życia dać im uczyć się odpowiedzialności. Karać, karać, karać poprzez zakazy, nakazy czy pomagać tłumacząc sobie w duchu, że przecież jeszcze są mali, , że jeszcze będzie szkoła życia. Polegam na polu wychowawczym bo nie pomagają prośby, zachęty, motywacje, tłumaczenia.Wszyscy chcielibyśmy mieć odprasowane dziateczki. Bezproblemowe, nie brudzące się przy posiłku z uśmiechem na buzi odrabiające lekcje, uczestniczące z zaangażowaniem we wszystkich kulturalnych zajęciach. W kościele, cichutko skupionych na modlitwie. Takich dzieci nie mam. I ciągle uczę się tego, że to SĄ odrębne jednostki a nie moje, ulepione przeze mnie plastusie. Jakie to trudne…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz